BLW kilka miesięcy później

Od 6 miesięcy Zosia oprócz mleka dostaje normalne jedzenie. Tak, normalne – bo nie bawimy się w miksowana cielęcinkę, paróweczki oraz chrupki. My jemy chleb, to i Zosia je chleb (mój, żytni, upieczony na zakwasie). My jemy naleśniki – Zosia je naleśniki,  my jemy owoce – Zosia również. Czasami my jemy pizzę (oczywiście domową), Zosia zaś zjada jej składniki, takie jak gotowana papryka, kawałki kurczaka, brokuły, czy pomidor.

Na początku było dużo babrania się – przebieraliśmy Zosię zawsze po obiedzie, czasami też po śniadaniu, po kolacji (wiadomo, do piżamy). Pojawiają się w menu Zosi jednak także takie posiłki, które i my jemy łyżką, bo inaczej się nie da: krem z dyni, rosół z makaronem…

WP_20151017_10_24_32_Pro

Nie chcę krytykować matek, które podają słoiczki, choć trochę się dziwię tym, które nie chcą spróbować z normalnym jedzeniem. Czasami BLW jest proste – kładziesz kilka warzyw na stolik, dziecko je, ty zajmujesz się swoim talerzem. Nie zawsze jednak jest tak pięknie – czasami ono w najlepsze bawi się w „wycieraczkę”, zmiatając wszystko, co tylko położysz, nic nie wkłada do buzi i na zmianę ma z tego niezłą radochę lub marudzi. Kiedy dodamy do tego zmęczenie z całego dnia, fakt, że sprzątałaś dziś mieszkanie, deficyt snu albo – nie daj, Boże – chorobę (a to i tak jedna z wielu opcji, które lubią się łączyć), to brak burzy można poczytać naprawdę za jakiś cud, którego nie powstydziłby się Pan Jezus 😉

Najważniejsze jednak, żeby dziecko było najedzone. Dlatego, aby nie wywoływać trzeciej wojny światowej, szczególnie w te gorsze dni, ja po prostu odpuszczam – daję coś łyżeczką, albo zostawiam karmienie (i sprzątanie po nim) Przemysławowi 🙂