Dzieci to chyba najszerszy temat, o którym można pisać. Dzisiaj naszło mnie na podzielenie się, jak to z dziećmi jest u nas, a bardziej według mnie.

Jedna wielka masakra?!

Od przeszło miesiąca mamy przyjemność bycia rodzicami dwójki dzieci. Szczerze? Myślałam, że będzie znacznie gorzej.
Nie wiem, czy to „wina” naszych dzieci, czy po prostu przygotowaliśmy się na tak czarne scenariusze, że wszystko teraz jest lepsze, ale po miesiącu czuję się świetnie. Mimo połogu i lekkiego osłabienia, większego niż standardowo, naprawdę w porządku. Znacznie lepiej, niż przez ostatnie trzy miesiące ciąży. Tak, jak przy pierwszym dziecku, i tym razem straszyli mnie, że teraz to już na pewno się nie wyśpię, że maluch będzie budził starszą, że ona będzie mu wsadzać palce do oczu, że nie nadążę ze wszystkim i ogólnie że będzie jedna, wielka masakra.

Tymczasem po tygodniu w szpitalu, który jak dementorzy wyssał ze mnie większość sił życiowych, i po kolejnym tygodniu w domu, wróciłam do trybu, który prowadziłam w czasie ciąży, a obecnie pozostało z niego tylko kilka kilogramów, które mam nadzieje ze zostaną ze mną na dłużej (tak, jestem jedną z tych nielicznych matek, które bardzo by chciały, żeby kilogramy nabyte w ciąży od niej tak szybko nie uciekły – te jednak jak na złość chyba gromadzą się w mlekomatach i każdego dnia są uszczuplane mimo rozpaczy rodzicielki).

Autentycznie, kto nie chce, niech nie wierzy, ale posiadanie dwójki dzieci naprawdę nie musi zamienić matki w nieuczesane zombie chodzące w piżamie po domu.

Dobra organizacja

Nie, nie jest idealnie. Tak czasem jednak chodzę nieuczesana przez pół dnia, czasem myjemy z Zosia zęby przed obiadem, zamiast po śniadaniu, czasem pranie wstawione o 6 rano zawiśnie na suszarce w okolicach 12 w południe. Czasem zlew jest pełny, a lodówka pusta. Czasem tak bywa i śmiem twierdzić, że jest to normalna sytuacja przy małych dzieciach. Przeważnie jednak tak wyglądają dni, na które nie mam pomysłu, na które nic nie planuję.

Jestem otwarta na to, że jednego dnia będzie spokojnie, a innego dnia nic nie będę mogła zrobić, bo jedno dziecko będzie wisiało na cycu, zaś drugie będzie chciało budować z klocków Lego cały dzień. Nie wymagam więc od siebie, że nagle zacznę szukać zajęć dodatkowych, że tyle i tyle czasu poświęcę na coś, ale zawsze, codziennie robię plan. Czasem wykonuję go w 20%, czasem w 60%, niekiedy tylko w 5%, a innym razem w 90%, jednak wiem, że jeśli nie zapiszę rzeczy, które dobrze by było zrobić, to one same się nie zrobią. Co planuję, skoro i tak siedzę w domu? Posiłki, to że trzeba do kogoś napisać, zakupy (większość rzeczy obecnie zamawiamy przez Internet), formy aktywności z Zosią, sprzątanie, czytanie (tak, dzięki temu, że je planuję, znajduję czas na czytanie). Nie, nie korzystam z żadnych planerów. Żadnych tam GTD – zresztą z tym pracować w życiu bym nie zaczęła, bo mnie się początkowo zdaje, że nic nie zabierze mi więcej niż 2 minut, a potem kończy się na 12 albo i 22, albo i dwóch godzinach (system ten mówi o tym, że czynność, która zabierze Ci mniej niż 2 minuty należy zrobić od razu). Posługuję się zwykłym kalendarzem z jedną stroną na każdy dzień. Tak, wiem że dla niektórych to nienormalne, tak, wiem że każda kobieta te pierwsze tygodnie przeżywa rożnie – ja dziele się swoimi spostrzeżeniami i systemem, który mnie odpowiada. O organizacji czasu nie potrafię zbyt przekonująco pisać – dużo lepsza jest w tym Pani swojego czasu.

Mam tę moc, mam te moc, będę karmić/nosić/bawić całą noc

Niedawno na Instagramie pojawiło się wyzwanie pt #matkanieidealna – zabawa polegała na tym, żeby napisać o rzeczach, których się wstydzimy, z których nie jesteśmy dumne, bądź w oczach innych mogłyby być one zaliczane do ciemnych stron macierzyństwa. No i oprócz standardów, co do których nikt nie ma wątpliwości, że do najlepszych bądź najzdrowszych rzeczy nie należą, ale są w miarę niegroźne – czyli słodycze, przekupstwa, bajki, dołączyły CC, MM, których nie oceniam – bo przyczyny mogą być różne i niezależne od matki. Dalej jednak pojawiły się rzeczy, które niektórzy zaliczają jako pozytywne, a inni jako negatywne. Spanie z dzieckiem kontra łóżeczko, noszenie kontra odkładanie, karmienie na żądanie kontra karmienie według planu, smoczek bądź jego brak i parę innych. Nie potępiam tych, którzy postępują inaczej niż ja, bo także może to wynikać z bardzo różnych pobudek, zastanawia mnie jednak, że to, co w oczach jednych zdaje się być wyrazem troski, podążaniem za potrzebami, dla innych może być zachowaniem nieodpowiedzialnym i odwrotnie. Słuchanie instynktu i przede wszystkim kierowanie się dobrem dziecka przez matkę – tego życzę każdemu maleństwu.

Różnica wieku

Wszyscy o tym piszą, więc i ja się wypowiem, a co. I pewnie nie odkryję Ameryki kiedy powiem, że żadna różnica wieku nie jest dobra, a jednocześnie każda jest właściwa, a właściwie to zależy.

Tak samo rzecz ma się do ilości. Niektórzy lepiej żeby mieli jedno dziecko, niektórzy są otwarci na więcej. I pierwsi i drudzy mają rację. Ale jednym do drugich nic do tego.

U nas jest to różnica wynosząca dwa lata i dwa miesiące. Zosia jest pomocna, ale jeszcze na takiej zasadzie, że trzeba pomagać jej w pomaganiu nam. Mała różnica jest trudna tak naprawdę dla rodziców, czasem także dziadków ;) Mała różnica może rodzić problemy na początku. Duża różnica może wpływać na słabszą zażyłość miedzy rodzeństwem. Sześć lat we wczesnym dzieciństwie może się wydawać przepaścią, która zniknie w dorosłości, zamieniając się w most głębokiego porozumienia. Wspólne zabawy i pobyt wszędzie razem w pierwszych latach może się zamienić w rywalizację we wkraczaniu w dorosłość. Nie musi jednak tak być. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy starsze dziecko jest już gotowe, nawet jeśli zapytane odpowie twierdząco. Sceny zazdrości mogą pojawić się u każdego dziecka, u każdego w innym czasie, mogą się też nie pojawić. Do nas należy pomoc w zrozumieniu nowej sytuacji. Możemy jednak tylko pomóc, a nie przeżyć czy zrozumieć. Stwierdzam, że nie ma czegoś takiego, jak odpowiednia różnica wieku, nie powinno się też mówić „powinniście mieć X dzieci”. I Kropka.