Presja posiadania szczupłego, najlepiej wysportowanego ciała z dekady na dekadę rośnie. Modelki w reklamach coraz szczuplejsze, a fitness cluby z cenami jak za zboże za możliwość spocenia się na oczach innych wyrastają jak grzyby po deszczu.

Właśnie odkurzyłam mieszkanie, powiesiłam stertę prania i zmieniłam pościel, w tak zwanym międzyczasie opiekując się noworodkiem. Konam z nóg i padam na twarz, a dopiero 11.00… Miesięczne maleństwo śpi i modlę się, żeby ten stan trwał jak najdłużej – a to wszystko udało mi się zrobić do 11.00 tylko dlatego, że mąż zabrał dwulatkę na spacer, bo dzisiaj idzie na popołudnie do pracy, co pozwala mi cieszyć się obecną chwilą pisania, ale nie nastraja pozytywnie na „samotne” popołudnie i wieczór. Ot, taki wycinek codzienności…

Każą nam – matkom – wracać do formy, ćwiczyć, robić coś dla siebie, nie zaniedbywać swojego ciała i mięśni. Mówią, że niby my tylko „siedzimy” w domu i „bawimy” się z dziećmi. Tylko, że to siedzenie, to: Wstawianie prania, sprzątanie, spacer, robienie obiadu, pieczenie ciasta, rozładowywanie suszarki, składanie prania, wieszanie firanek, zmywanie, (wstaw swoje ulubione zajęcia domowe)… Zabawa z dziećmi często polega na wyciąganiu rozkładaniu, a następnie podnoszeniu setek małych zabawek (tak, tak, kochamy deptać po klockach lego, żołnierzykach i tym podobnych).

Nasze nieruszanie się to setki kilometrów na spacerach, setki zrobionych przysiadów podczas wysadzania na nocnik, tysiące skłonów po ukochanego misia czy lalkę. Nie podnosimy półkilogramowych ciężarków w pięciu seriach po dziesięć razy. Nie, nasz ciężarek ma średnio 3 kilogramy w chwili, kiedy rozpoczyna się nasz powrót do formy po ciąży, czyli jakoś… 15 minut po porodzie? A potem stale rośnie! (A jak nie rośnie, to też niedobrze, ale to teraz nieistotne). Nasze siedzenie to ciągły ruch od rana, które często zaczyna się koło 5.00, do wieczora – kiedy to kładziemy dzieci spać. A wieczory czasem potrafią mieć bardzo ruchome granice: zdarza się, że wypadają o 19.00, zdarza się, że niestety koło 23.00. Proszę bardzo: spróbujcie kiedyś przez pół dnia chodzić po całym domu, nosząc 5-kilogramowe szczęście. Próbowaliście kiedyś równocześnie pilnować obiadu, robić ciasto, karmić dziecko i odpowiadać na trudne pytania dwulatki pamiętając, żeby jej przypominać o nocniku? Spróbujcie, a gwarantuję Wam, że aktywna będzie większość Waszych mięśni – taki trening wszystkich partii ciała za darmochę.
Tak się nam – mamom – zarzuca lenistwo, bo na minutę usiądziemy na ławce na placu zabaw. Tak się dajemy wkręcić, że jak się zapuścimy, to będzie tylko gorzej. Większość z nas chce być fit dla siebie, dla dzieci, dla męża.


 
Nie, to nie jest tekst bojkotujący ruch fizyczny i uprawianie jakichkolwiek dyscyplin sportowych – sama biegam i to uwielbiam, uwielbiam endorfiny krążące w moim ciele, uwielbiam! I czasem naprawdę z miła chęcią pobiegałabym zamiast słuchać pretensji córki, że ona chciała niebieską sukienkę i płaczu małego gościa, któremu uchyliłabym nieba, ale czasem sam nie wie czego chce, nie mówiąc już o wyraźnym wyartykułowaniu tego. Czasem godzinne bieganie to pikuś w porównaniu z harową przy dwójce maluchów.

To jest tekst wołający o większą wyrozumiałość wobec „kur domowych”, które dbają o przyrost naturalny – czyli de facto tak naprawdę budują nasze społeczeństwo. Nie daj się. Jeśli masz czas i ochotę – ćwicz, biegaj, pływaj, tańcz zumbę, gimnastykuj się… Jeśli nie masz czasu – nie wyrzucaj sobie, nie zajadaj wyrzutów sumienia, że nie wbijasz się jeszcze w spodnie po ciąży. Zamiast skalpela z Chodakowską zrób relaksującą kąpiel, pamiętaj o racjonalnym odżywianiu. Daj sobie czas, rozkoszuj się dziećmi…
 
Większość z nas chce być fit dla siebie, dla dzieci, dla męża.

Większość z nas JEST fit „siedząc w domu” i „bawiąc się z dziećmi”.

Wrzuć na luz i rób swoje.