Ilustracja autorstwa Eweliny Jaślan-Klisik pochodzi z książki pt. „Kalendarz wielkopostny

Może powinnam zaczynać od definicji modlitwy, ale specjalnie tego nie zrobię, bo to słowo – worek. Każdy ma w tym worku to, co chce. Jednych worek jest duży i pojemny. Innych jest niewielki – jak kopertówka na wesele. Zadaj sobie pytanie, czym dla Ciebie jest modlitwa, potem przeczytaj, a potem jeszcze raz zadaj sobie pytanie, czym jest dla ciebie modlitwa.

Nie dowie się tylko ten, kto nie próbuje

Każda osoba ma swój własny, ulubiony sposób na modlitwę. Ale żeby wybrać swój własny, trzeba spróbować przynajmniej kilku. Chciałabym bardzo, aby moje dzieci myślały o modlitwie pozytywnie. Nie czuły się do niej zmuszone. A tak mogłoby się stać, kiedy będą ją kojarzyły z odklepywaniem jakiegoś tekstu w jednej pozycji. Tak, jak lubię rytuały, tak nie chciałabym, aby moja modlitwa z dziećmi była TYLKO rytuałem.

Nie chcę Ci niczego narzucać, napiszę Ci tylko o tym, czego my próbujemy. „Próbujemy” jest tu słowem kluczem. Czasem wpadam na – wydaje mi się – genialny pomysł. Inni go odrzucają. Czasem od niechcenia rzucam myślą, której nawet nie rozważyłam – i to zaskakuje. Nie zrobiłam nad tym żadnych badań, nie jestem specjalistą, nie krytykuj mnie, jeśli uważasz coś za nieteologiczne.

Śpiew

Piosenki to może być świetna modlitwa – szczególnie, gdy obowiązki domowe piętrzą się jak sterta naczyń. Co śpiewać? Możesz to, czego nauczyłeś się w kościele, ale wybór jest znacznie większy. Dla dzieci: Arka Noego, Małe TGD, Magda Anioł… Puszczaj dzieciom piosenki, śpiewaj z nimi. Ja lubię też Anastasis, Stróżów poranka… Do tego można dorzucić granie na instrumentach i mamy świetną zabawę, wspólny czas i modlitwę w jednym. Żeby to było modlitwą i żeby dziecko o tym wiedziało, warto o tym powiedzieć, aby uświadomić sobie i dziecku, że taki macie dzisiaj czas i formę dla Pana Boga.

Działanie

Najtrudniej jest zacząć, potem systematycznie o tym pamiętać. Wszystko, co robimy, możemy polecić Panu Bogu. Głupio brzmi? Tylko na początku, a dopóki tak uważasz, liczysz bardziej na siebie. Jak? Po prostu swoimi słowami: „Panie, bądź ze mną w dzisiejszych obowiązkach: pieczeniu ciast, sprzątaniu, pisaniu, zabawie. Pobłogosław mi drogę do pracy”. Jak nauczyć tego dzieci? Rzadko, nawet zdecydowanie za rzadko, mówię: „Panie Boże, oby nam się udało to…”. Za to kiedy jedziemy autem, dojeżdżając do celu zawsze mówimy: „Panie Boże, prosimy o miejsce”, a po zaparkowaniu mówimy „Wysiadamy, a za miejsce dziękujemy”.

Czytanie

Biblia i książki o niej, myśli świętych, książki o świętych, książki z modlitwami – uznaję za pewną formę modlitwy. Naciągane? Ok. możesz tak to widzieć. Mnie i moje dzieci zbliża to Boga, więc mieści się w MOJEJ definicji modlitwy.

Mówienie

Panu Bogu można naprawdę powiedzieć absolutnie wszystko. Gdzieś słyszałam, że najlepiej najpierw  podziękować za wszystko, za co jesteśmy mu wdzięczni, potem go przeprosić za wszystkie złe rzeczy, a potem dopiero prosić. Na zasadzie takich schodów: najpierw mamy energię, wymieniamy wszystko, dzieci nie mają z tym problemów: potrafią codziennie dziękować za to, że wstało dzisiaj słoneczko. Potem najtrudniejsze dla każdego słowo przepraszam – trudno przechodzi przez język, ponieważ wiąże się to z nieprzyjemnymi uczuciami smutku, wstydu, żalu, czasem strachu, bólu. Kiedy najtrudniejsze stopnie mamy za sobą, zostają prośby, które niosą nas, bo już blisko. W przyszłości jeszcze myślę o modlitwie pochwalnej, na razie tyle wystarczy z 5-letnim dzieckiem. Stosujemy ten element w wieczornej modlitwie i jest to sposób, dzięki któremu naprawdę można się wiele dowiedzieć. Po pierwsze, oczywiste: co się u kogo zdarzyło. Nie spędzamy ze sobą całej doby. więc czasem jest naprawdę ciekawie. Po drugie: co było dla kogo ważniejsze, co sprawiło mu przykrość, co sprawiło mu radość. Ta sama rzecz oczami dziecka może być całkiem inna. Opowiadanie wieczorem Panu Bogu może być formą podsumowania dnia, rachunku sumienia. Starsze dzieci mogą same ją poprowadzić, zmieniać kolejność.

Kościół

To, co dzieje się w kościele, również powinno być modlitwą – tylko czyją? Moją, dziecka, wszystkich? Czy najlepsza msza czy nabożeństwo to taka, kiedy czujemy, że jest najlepsza? Przeczytałam kiedyś taką książkę „Wiara nie jest uczuciem”. Nauczyłam się z niej dwóch rzeczy – po pierwsze: kiedy mam gorszy nastrój, nie chce mi się modlić, dzieci szaleją, czuję, że to nie ma sensu… to właśnie tylko i aż tak CZUJĘ, i powtarzam sobie to zdanie-tytuł: wiara nie jest uczuciem (dzieci też czasem po prostu nie mają ochoty się modlić, a najczęściej nie mają ochoty modlić się w taki sposób, jaki my byśmy chcieli, żeby chciały się modlić). Po drugie: tam, zamiast na uczuciach, polecano opierać się w wierze na obietnicach. Obietnicach Pana Boga, jakich pełno jest w Biblii, dla przykładu: „szukajcie, a znajdziecie” , „jeśli dwaj lub trzej będą wzywać imię moje, tam ja jestem pośród nich”. Wyrwane z kontekstu? Może tak, ale mojej wierze pomaga.

W kościele więc staram się – jak tylko można – wyłączyć uczucia.

  1. Włączam czujność do dzieci.
  2. Staram się słuchać – być blisko głośnika, nie zawsze blisko ołtarza.
  3. Co tylko mogę, pokazują na migi – nie mówię „złóż ręce”, tylko składam swoje.
  4. Wchodzimy razem, ale potem czasem się rozdzielamy (mama z częścią dzieci, tata z resztą).
  5. Nie idę w miejsce, które będzie najlepsze dla mnie, ale dla całej rodziny – łatwo i szybko do wyjścia (czasem to tył kościoła, czasem przód, z nierzucającą się w oczy zakrystią), blisko okno.
  6. Śpiewam z ludem i pokazuję, że Msza/nabożeństwo to coś dla mnie ważnego i przyjemnego.
  7. Nie biorę jedzenia, bo wiem, że wtedy na pewno o nie poproszą. Wychodzę z założenia, że skoro przed wyjściem dzieci jadły, to przez godzinę nie zgłodnieją aż tak. Do picia: woda – która może się także przydać w inny sposób – a kościół to nie stołówka, mlaskające i kruszące dzieci mogą być bardziej rozpraszające, niż chodzący maluch.
  8. Zabawki – jestem w momencie zastanawia się nad tym. Na razie pozwalam, aby każde miało jedną, niehałasująca (miś, figurka z LEGO). Chcę coś z tym zrobić, ale daję sobie czas.
  9. Nie inaczej, niż gdzie indziej. Oprócz małych wyjątków, nie zachowuję się w kościele bardzo inaczej, niż w innym miejscu. To znaczy, że jeśli na co dzień pozwalam pytać, w kościele też, tylko szeptem – lub proszę, aby dzieci zapamiętały pytanie do końca Mszy i zadały je po wyjściu z kościoła. W domu nie wolno jeść lizaków, więc nie zabieram ich do kościoła, „żeby mieć spokój”.To przejaskrawione przykłady, ale chcę powiedzieć, że zasady naszych relacji itp. zbyt wiele się nie zmieniają – dalej jesteśmy tą samą rodziną, nieidealną, ale wciąż wartą poznania 😉

 Jedna transmisja Mszy

Dzieci pytają i mają prawo pytać o wszystko. Jak inaczej mają się tego dowiedzieć? Dajmy im także prawo zapytać o wszystko w kościele. O wszystko. Kiedyś byłam chora, nie pamiętam już, bo ja rzadko jestem chora, ale była taka jedna niedziela, że nie byłam w stanie iść na Mszę, a uznałam, że siły na siedzenie, oglądanie i słuchanie znajdę. Znalazłam więc transmisję Mszy w Internecie. Zosia została przed ekranem ze mną. Pytała o wszystko. Sporo się wtedy dowiedziałyśmy – ona o mszy, ja o niej. Polecam wykorzystanie takiej możliwości, nawet nie w niedzielę. Pytałam księdza, to nie jest profanacja Mszy (no chyba, że zasiądziecie do transmisji z popcornem i biszkoptami).

Zmieniamy kościoły

Przemysław pracuje zmianowo. Znaczy to tyle, że czasem w niedzielę ma wolne, czasem w pracy jest przed południem, czasem po. Wiem, wiem, niedziela – dzień święty. Kto może, nie pracuje.  Ale Przemysław nie może. Akceptujemy i robimy, co tylko możemy, aby całą rodziną iść wspólnie na Mszę. Mamy jeden kościół, w którym czujemy się bardzo dobrze, bez względu na to, jak zachowują się nasze dzieci, ale właśnie nie zawsze mamy możliwość tam iść. Chodzimy więc do różnych, pokazując je dzieciom i urozmaicając tym samym przeżywanie Mszy. Opowiadamy wtedy o wizerunkach na ścianach. Sprawdzamy, gdzie jest toaleta 😉

Wiem, że dla niektórych parafia – rzecz święta, ale nasz kościół parafialny jest mały, czasem wygodniej i ekonomiczniej jest nam iść/pojechać gdzieś indziej. Tak więc uprawiamy churching 😉 Proszę, nie oceniaj.

Przeszkadza, czy komuś się tak może wydawać?

Staram się reagować na to, co może przeszkadzać, a nie, co sobie ktoś pomyśli. Zadaję sobie to pytanie czasem wielokrotnie: czy to, co robią moje dzieci, naprawdę przeszkadza? Czasami to się ze sobą łączy, ale czasem nie. Kiedy moje dzieci krzyczą, płaczą, trzaskają, to staram się je wziąć w miejsce, gdzie będzie ich mniej słychać, uspokoić bez świadków. Czasem jednak moje dziecko siedzi na podłodze, albo nawet w wózku, ale ściąga buty albo tę nieszczęsną czapeczkę.  Starsza Pani obok mnie kiwa przecząco głową, wyrażając niezadowolenie i widać, jak się zbiera, by mi coś powiedzieć – co jest trudne, bo chodzę za innym dzieckiem. To nie przeszkadza innym – tylko jej, bo skupia się nie na tym, po co przyszła. Przyszła na mszę, ale zamiast obserwować ołtarz, patrzy na moje dzieci. Oczywiście jeśli dzieci chciałyby te buty ściągnąć na ołtarzu, to już inna para kaloszy. Zdjęłabym je – tzn. to dziecko. Sytuacja przejaskrawiona, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Wypatrujemy i reagujemy na realne zagrożenie przeszkadzania, nie wymyślone. Wiem, łatwiej powiedzieć niż zrobić.

Na ostatnią chwilę

Często specjalnie jesteśmy w kościele tuż przed rozpoczęciem Mszy, lub wchodzimy z dzwonkami. 45 – 60 minut w ograniczonej przestrzeni, z tymi samymi ludźmi, z których większość jest obca, z mnóstwem bodźców, nie konieczne przyjemnych, po wielu niepożądanych komunikatach typu „csiii”, „nie ruszaj”… Dziecko ma po prostu dość. Nie chce się modlić, chce do domu, a my często w duchu razem z nim. Patrzyliście kiedyś tak na to? Ja spróbowałam i dlatego nie stosuję tzw. przygotowania się do Mszy, czytaj 15 minut wcześniejszego, biernego siedzenia w ławce, żeby się wyciszyć .(jako dorosły, kiedy idę na Mszę sama, bardzo się staram, żeby być te kilkanaście minut wcześniej). Żeby się wyciszyć, to ja włączam szum morza, masuje dziecko po plecach albo czytam książki. Podczas Mszy kościół nie jest dla mnie miejscem na wyciszanie się, a na przeżywanie. Oczekiwanie buduje napięcie. Niepotrzebne mi napięcie – nie po nie przychodzę do kościoła, choć często tam je znajduję.

Kazanie

W tym momencie Mszy bardzo się cieszę, że do niego dotrwałam. Niewiele kazań jest skierowanych do dzieci, czasem nawet na dziecięcych mszach – także staram się tylko, aby nie przeszkadzali.

WYROZUMIAŁOŚĆ

Staram się być wyrozumiała. Wyrozumiała wobec innych. Naprawdę staram się zrozumieć i toleruję, że ktoś może myśleć inaczej, ale nie akceptuję wszystkiego. Czasem ktoś życzliwy przychodzi do mnie z radą. Tak, w kościele. Nie pytajcie mnie, dlaczego. Słucham, co ma do powiedzenia, ale nie koniecznie robię to, czego oczekuje.

Kiedyś podczas Mszy zszedł z ołtarza i przyszedł do nas, na sam tył kościoła starszy pan-lektor i poradził, żebyśmy może wyszli, bo nasze dzieci hałasują i przeszkadzają innym ludziom. Niemowlę, które zająknęło się przez sen! Pan obserwował nas i owszem, moje dzieci się wierciły, ale w momencie, kiedy podszedł były cicho. Zagrożenie i przeszkadzanie było „trochę” wymyślone. W odpowiedzi Przemysław powiedział mu, że Jezus powiedział „pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”…

PODSUMOWUJĄC

Nasza modlitwa, jeszcze przede wszystkim zmienna, jednocześnie jest stałym elementem naszego dnia. Szukamy czasu a nią, a nie wymówek, dlaczego jej brakuje. Ciągle mamy poczucie, że jest jej mało. Wszystkie wymienione formy dotyczą dzieci. Na pewno o czymś zapomniałam.

Jak zdołałeś zauważyć, mój worek modlitwy jest dosyć pojemny. A Twój?

Czym jest dla Ciebie modlitwa?

PS. Wiem, że wpis nie wyczerpuje tematu. Jeśli macie jakieś pytania, zostawcie w komentarzu – odniosę się do nich 🙂