Niezmienna zmienność, czyli wszystko mija

Dziecko jest najbardziej zmienną postacią homo sapiens chodzącą po Ziemi. No, z tą chodzącą, to nie do końca – często jeszcze nie wędrującą, lub w zamian biegającą lub skaczącą, zachwyconą światem.

#pozytywy

Czasem nam – dorosłym – jest bardzo na rękę, kiedy ta zmienność jest postrzegana jako pozytywna. Przykłady? Nauka siedzenia, potem raczkowania, a następnie chodzenia. Zmiana mleka na pokarmy stałe – kiedy to matka przestaje być często odwiedzanym mlekomatem. Stale udoskonalana umiejętność używania rąk czy nóg, pozwalająca nam przestać podtykać dziecku wszystko pod nos lub wciskać do buzi, lub – o zgrozo! – z niej wyciągać (przy BLW, o którym pisałam tutaj, a także w tym miejscu, ten etap odpada, a dodatkowo można popracować nad siłą mięśni – szczególnie ramion – i sprawdzić wytrzymałość kolan przy częstym myciu podłogi).

#ciemna strona mocy

Ale mając dzieci – takie swoje, w domu – najłatwiej zauważyć, że niektóre zmiany w nich zachodzące trochę mniej przypadają nam do gustu. Najczęściej dotyczące jedzenia – a szczególnie warzyw, snu – a zwłaszcza jego braku lub zaburzeń, a także zachowania – szczególnie te, które można podsumować zdaniem „nie poznaję własnego dziecka”.

Tak, mojej Zosi też to dotyczy i tak – też jestem tą wyrodną matką, której nie wszystko się w moim dziecku podoba i czasem się wkurzam, ale ja wiem, że to minie, a raczej zmieni się w kolejną zmienność – oby nie gorszą (oczywiście dla mnie) 😉

#CAŁY CZAS

Prawda jest taka – czy nam się to podoba, czy nie, dzieci cały czas się zmieniają. CAŁY CZAS. Jedne zmiany są bardziej dostrzegalne, inne mniej, jedne nas cieszą, inne smucą, jeszcze inne wkurzają lub burzą cały porządek dnia lub tygodnia. Matki, nie wiedzieć kiedy, stają się ekspertami od elastyczności, perfekcyjnymi, negocjatorkami  i mistrzyniami kreatywności, a także nabywają jeszcze parę innych, cudownych umiejętności, które choć są pożądane na rynku pracy, to  kiedy pracodawcy dowiadują się, kto był ich nauczycielem, zbywają to milczeniem (ale o tym może innym razem).

Zmienność jest niezmienną cechą dzieci – i całe szczęście! Kto chciałby przez całe życie zmieniać pampersy? Łapka w gorę! I niestety, bo nasze słodkie, lekkie niemowlę bardzo szybko zmieni się w dwunożne stworzenie, które… (tu wpisz ulubioną obecnie cechę negatywną swojego dziecka). Pora na przykłady.

PRZYKŁADY
#zachowanie

Nasz ostatnio największy hit, mający zarazem plusy i minusy to nieśmiałość, zawstydzenie, lęk przed wszystkimi poza mama i tatą. Do czerwca 2016 miałam dziecko otwarte, śmiałe, wskakujące na kolana każdemu, kto miał coś ciekawego. Teraz wszędzie poza domem musi trzymać moją lub ojca rękę, a jak idziemy razem, to czasem obie naraz. Jest to męczące – szczególnie, kiedy na drodze pojawia się ktoś obcy. Wówczas małe łapki wpijają się w moje nogę, a dziecko stara się wcisnąć między kolana, nikt nie może wziąć jej na ręce, a zostawienie jej u kogokolwiek poza babcią nie wchodzi w grę. Z drugiej strony – nasz spacer nareszcie zaczął wyglądać jak spacer: nikt nie wybiega przede mną 10 metrów, nie zatrzymuje się nad kontemplacją kostki brukowej, bym potem mogła na niego poczekać 10 minut, nie zatrzymujemy się co pięć sekund nad kamieniem, patykiem i innymi taki rzeczami. Oczywiście, jak spotkamy ślimaka, mrówki czy dżdżownice, to zatrzymujemy się, żeby chwilę popatrzeć, ale to znaczna różnica w porównaniu z zatrzymywaniem się nad każdym mijanym patykiem… Nie muszę patrzeć czy idzie za mną, żaden nieznajomy nie będzie miał okazji podejść do nas niezauważony – już się Zosia postara odpowiednio to zakomunikować. Kiedy ja się zatrzymuję – ona też, kiedy mówię stój – zatrzymuje się. Wiem, że to już wkrótce minie, dlatego pozostaję czujna – jestem jednak znacznie spokojniejsza i korzystam z dogodności, póki mogę. W końcu mamy jakieś zdjęcia, jak po prostu idziemy, na których Zosia nie jest jedynie rozmazaną plamą.

#jedzenie

Wspomniałam też o jedzeniu – a jakże, i my przerabiamy etap warzyw. Jeszcze dwa miesiące temu ogórek królował podczas śniadań i kolacji, mogła go jeść w plasterkach, słupkach, czasem nawet w całości. Teraz wystarczy, że ogórek zbliży się do jej twarzy i głośne „nie, nie, nie” szybko wyprowadza matkę z błędu, który ośmieliła się popełnić. Zmiany w wariacjach kulinarnych są jednorazowe, kilkakrotne, lub nawet wielotygodniowe. Raz wypije samą zupę, kiedyś indziej wyje tylko warzywa, innym razem wybierze wszystkie kawałki pietruszki. Raz po jajku zawoła „jesce, jesce”, innym razem odmówi zjedzenia. Raz zje pół kromki z dżemem, innym razem pochłonie 3 kromki chleba z masłem – mimo, że godzinę temu jadła późny deser. Raz przez cały dzień żyje na samych owocach, następnego dnia żadnego nie chce wziąć do ust. W zeszłym roku, kiedy zaczynaliśmy przygodę z jedzeniem, jadła wszystkie owoce, jakie jej podałam – jadła je z ochotą, najpierw się nimi bawiąc. Teraz coraz rzadziej się nimi bawi, ale stała się znacznie bardziej wybredna: na truskawki miała w tym sezonie ochotę aż cztery razy i wtedy zjadła ich naprawdę sporą ilość – pozostałe próby zostały zakończone oplutą koszulką. Nektarynka została pożarta prawie z pestką , jednak dopiero za czwartym podejściem.  Ile posiłków, tyle historii. Dodajmy do tego jeszcze ząbkowanie, niewyspanie, czasem gorszy humor i niesłuszna łatka niejadka lub „dziecka, które nie je warzyw” gotowa.

#proponuj

Smak cały czas się zmienia – także nam, kiedy to po spróbowaniu niektórych rzeczy lub potraw nielubianych w dzieciństwie nagle zaczynają nam smakować. Dzieci również jednego dnia mają na coś ochotę, drugiego nie. Zasadą podczas ich zmienności powinno być częste proponowanie tego samego, mimo ich poprzedniej odmowy. Tak – warzyw, które wypluwają, owoców, których zjeść ostatnio odmówiły, jajka, które ostatnio rozmazały po całym stole podczas naszej krótkiej nieuwagi. To samo dotyczy picia, szczególnie wody. Tutaj trzeba być sprytnym albo zapobiegliwym. Albo dajemy wodę, kiedy naprawdę jest spragnione, jako pierwszą – nie pytając, czy może soczku, czy może herbatki -albo w ogóle nie podajemy soczków, a na spacer czy w domu podajemy  tylko wodę. Zosia od urodzenia poznała tylko smak wody (której nie kupuję, tylko filtruję), rooibosu (herbaty z czerwonokrzewu, nie zawierającej teiny, zalecanej dla dzieci i osób mających problemy z żołądkiem) i kompociku od dziadka. Nie kupuję żadnych soków, a moje dziecko żyje i ma się dobrze, pobierając witaminy z owoców.

#sztućce

Także obsługa narzędzi pomocnych do jedzenia sprawdza się z zasadą proponowania. Nie, półrocznemu dziecku nie dałam do ręki widelca i noża. Zaczęliśmy od rąk, potem łyżeczka, następnie widelec – do noża jeszcze nie doszliśmy. Teraz Zosia ma niecałe dwa lata i nadal czasem je ręką, czasem zupę próbuje jeść widelcem, a jajko łyżką, czasem przelewa sobie zupę z łyżki do łyżki, a czasem potrafi całą zupę zjeść łyżeczką, naprawdę więcej zjadając – szczególnie, kiedy jest to jej ulubiony żurek. To wszystko dzięki codziennym próbom samodzielnego zmagania się z tym, co matka upichciła. To samo dotyczy kubeczka. Zosia kończąc 1,5 roku odmówiła picia z niekapka (tak, wiem że kubki ze słomką są lepsze i zdrowsze dla aparatu mowy, jednak Zosia nie chciała pić z innego mimo wielu prób). Przerzucając się na zwykły kubek, kilkukrotnie (no dobra, wielokrotnie) wylewała na siebie i podłogę całą jego zawartość, a potem, mając ogromną frajdę, chlupotała sobie stopkami w wodzie (szczęście, że takie akcje zaczęły się w maju).

#sen

Każda matka pamięta chyba, jak łatwo i szybko było uśpić noworodka (tego zdrowego, bez kolek czy innych dolegliwości) . Następnie 3-5 drzemek w ciągu dnia, potem dwie, potem jedna dłuższa. Strefa snu zmienia się jak każda inna, czas czuwania się wydłuża.  Też przez to wszystko przechodziłam – z tym, że nasza Zosia kończąc półtorej roku zbuntowała się przed jakimikolwiek próbami położenia ją spać w ciągu dnia. Zmiana ta znowu przeorganizowała nam dzień. Tak, to ja dostosowałam się do niej, bo dwugodzinne próby uśpienia, kończące się płaczem lub śmiechem, bez żadnych oczekiwanych przez efektów, szybko mi się znudziły (ale tak, staramy się odpocząć po spacerze lub obiadku). Od tego też są odstępstwa i czasem nam się jednak zdarza, ale naprawdę rzadko. Szkoda – bo wiem, że dobrze, żeby dziecko do 3 lat miało drzemkę. Szkoda – bo ja cały czas muszę być na nogach i czuwać nad nią, robiąc wszystko pod jej czujnym okiem. Ma to jednak swoje plusy, bo od godz 19-20 wieczorem, aż do 7-8 rano  Zosi nie słychać – śpi.

#zabawki

Zapomniałam wcześniej, ale dotyczy to również zabawy i zabawek. Chwała Bogu, że także preferencje zabawy się zmieniają – chcielibyście potrząsać grzechotką codziennie przez 5 lat? Bo ja nie. Tutaj też nie wszystko nam się jednak podoba – zwłaszcza, kiedy wszystko jest tłuczone na prawo i lewo o ściany i podłogę. Albo sprawdzanie, czy kredka pomaluje z równą łatwością ręcznik, ścianę i patelnię. Tutaj też ogromną rolę ogrywa to, co rodzice proponują dzieciom, co kupują lub dostają od innych, pozwalając na zabawę. Wiadomo – czasem dziecko potrafi sobie znaleźć „zabawkę”, którą ciężko za takową uznać z perspektywy dorosłego –  kable, spinacze do papieru, narożnik od listwy i tym podobne. I wiem, że można mieć masę książeczek, klocków i edukacyjnych akcesoriów, możemy często podawać dziecku kredki, modelinę, drewniane układanki, a one i tak czasem będą wolały cały dzień tarmosić misia czy jeździć autem do przodu i do tyłu.

Ważne jednak, żeby się nie poddawać i próbować.