„Poczytaj mi, tato!” – czyli o roli książeczek w życiu małej Zosi

Wiele lat temu modne były małe, kwadratowe książeczki z serii „Poczytaj mi, mamo!”. Pamiętam, jak sam jako mały szkrab biegałem do biblioteki i pożyczałem je w hurtowych ilościach, dopóki się nie wycwaniłem i nie zacząłem czytać ich w bibliotece – bo nieraz zdążałem je przeczytać w drodze do domu… Dziś seria tych opowiadań „wraca do łask” w pięknych, kilkutomowych wydaniach. Dlaczego jednak „Poczytaj mi, mamo!” a nie „Poczytaj mi, tato!”?

Domyślam się, że w tzw. „tamtych czasach” (a były to lata 80′-90′ XX wieku) funkcjonował model rodziny, w którym ów tato pracował, a mama opiekowała się dziećmi, więc to ona miała więcej czasu na czytanie. Ale powiedzmy sobie szczerze – wątpię, by czytała przez cały dzień, a tata po powrocie z pracy, wieczorem przed snem (czy też zaraz po obiedzie) nie potrafił znaleźć paru minut na lekturę z dziećmi. Zwłaszcza, jeśli by mu naprawdę zależało.

Wychodzę z założenia, że to, czy ktoś lubi książki, czy nie, jest po części zdeterminowane przez rolę książek w jego domu, ale tylko w sposób pozytywny. Innymi słowy – to, że w rodzinnym domu nie czyta się książek nie oznacza, że dziecko nigdy po nie nie sięgnie, np. zafascynowane nimi w szkole lub widząc je u koleżanek i kolegów. ALE – jeśli w domu rodzice czytają i dziecko dostrzega ich z książkami, to poprzez sam fakt naśladowania ich jako autorytetów, spróbuje sięgać po książki. Oczywiście, dopiero gdy zacznie samo czytać. Wcześniej może liczyć na to, że ktoś spędzi z nim czas na czytaniu. Niedawno Basia i ja zostaliśmy zapytani o to, co w przypadku, gdy Zosia nie będzie lubić książek. Odpowiedź była krótka i jednoznaczna: „nie ma takiej możliwości”. I to nie dlatego, że będziemy ją przymuszać czy coś – sama to polubi w sposób opisany powyżej, jestem o tym przekonany 😉

Naszej Zosi staram się czytać codziennie – krótkie opowiadanie, ewentualnie dwa – zależnie od ich długości. Jest to nasz (najczęściej) wieczorny rytuał: leżąc w łóżku, przed zaśnięciem, Zosia słucha, jak tata jej czyta. A co czytamy? Różnie bywa. Przerobiliśmy już „Opowiastki dla małych uszu” Joanny Wachowiak, serię „Poczytajki-pomagajki” wydawaną przez Wydawnictwo Muza, obecnie jesteśmy prawie w połowie „Wielkiej księgi uczuć” Grzegorza Kasdepke. Staram się sięgać po literaturę prostą, krótką, taką przy której nie zamęczymy Zosi godzinnymi tyradami. Wiem, że ona i tak może niewiele rozumieć czy też w ogóle nie starać się mnie podczas tych rytuałów słuchać, ale gdzieś tam w głębi jej mózgu tworzy zapisuje się informacja, że jest taki rytuał, że tata czyta na głos książkę, którą ma w ręce. I moim zdaniem ta informacja może mieć później duży, pozytywny wpływ na to, czy Zosia – gdy już podrośnie – będzie chciała, by jej poczytać lub sama zacznie sięgać po książeczki.

Osobiście nie żałuję ani sekundy przeznaczonej na to, by poczytać Zosi. Jasne, że jak ów tata z tzw. „tamtych czasów” mógłbym w tym momencie zrobić jedną ze 150 innych rzeczy, które by się do zrobienia znalazły. Ale takie wspólne czytanie to inwestycja – nie tylko w dziecko, ale i w relacje córka-ojciec, które buduje się już od małego. Inwestycja, która zawsze będzie „opłacalna”. Zwłaszcza, że gdzieś tam w głębi siebie nie mogę się doczekać chwili, kiedy Zosia będzie mnie ciągnąć do biblioteki po nowe książki 😉