Procenty? Tylko w matematyce! – czyli o abstynencji słów kilka

Paradoksalnie, z im większej liczby rzeczy się w życiu zrezygnuje, tym mniej jest się zrezygnowanym człowiekiem 😉 Skąd ten wniosek?

Zrezygnowaliśmy z telewizji. Zrezygnowaliśmy ze śledzenia na bieżąco wydarzeń/afer ze świata, kraju, a nawet miasta. Zrezygnowaliśmy też niemal rok temu ze spożywania alkoholu. I dodając to wszystko do siebie, jesteśmy na sto procent zadowolonymi, szczęśliwymi ludźmi. O dwóch pierwszych motywach opowiemy być może przy innej okazji, dziś chcielibyśmy się skupić na abstynencji.

Nigdy szczególnie nie ciągnęło nas do alkoholu, trudno też przy jednej lampce wina miesięcznie tudzież równie częstym spożywaniu piwa (przez co rozumiemy po jednym Radlerze lub Somersby na głowę… szał!) uznać, że byliśmy alkoholikami lub choć w minimalnym stopniu uzależnieni. Zdecydowanie psuliśmy reputację wszystkim szanującym się studentom 😉 A mimo to postanowiliśmy ograniczyć się w tej kwestii do zera. Czy wymagało to wielkiego wysiłku?

Hipotetycznie łatwiej miała Basia, bo podczas ciąży, a także po narodzinach Zosi i tak nie powinna spożywać alkoholu. Ja natomiast powziąłem postanowienie, żeby się z nią jak najmocniej solidaryzować. I tak się nam zostało 😉 W sierpniu natomiast nasze „niepicie” zyskało nowy wymiar wraz z decyzją o przystąpieniu do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (szczegóły dot. inicjatywy znajdziecie np. TUTAJ), choć niektórzy zapewne powiedzą, że to tylko czysta formalność z naszej strony. Tak czy owak, zadeklarowaliśmy oboje na piśmie zostanie abstynentami do końca życia. Czy to łatwy wybór?

nie-piję

I tak, i nie. Z jednej strony – po 8 miesiącach „suszy” podjęcie tej decyzji nie było trudne. Baaardzo hipotetycznie oszczędzimy to, co moglibyśmy wydać na alkohol. Nie doprowadzimy się nijak do stanu utraty świadomości, a rano nie zaskoczy nas kac. Nie będziemy się zastanawiać, czy na jakiejś imprezie film nam się nie urwał i nie narobiliśmy sobie wstydu. Pozbawiamy się dylematów typu: czy mogę już karmić piersią lub czy mogę prowadzić pojazd. No, i zapewniamy sobie świeży oddech 😉 Same plusy? Nie do końca.

Bo oto z drugiej strony, nasza abstynencja to nie tylko brak spożywania, ale i – uwaga! – brak szerzenia kultury spożywania alkoholu. A z tym się już mogą wiązać małe lub większe komplikacje. O ile zorganizowanie bezalkoholowego roczku było czymś prostym, oczywistym i akceptowalnym, o tyle nie wznosząc w ogóle toastu na weselu można się najpewniej narazić co najmniej na ostracyzm społeczny (ale to dopiero przed nami). Sylwester – bez lampek szampana. Umiecie tak składać noworoczne życzenia? Niektórzy nie potrafią. Co więcej, pozbawiamy się możliwości ofiarowania innym „łatwych” prezentów (typu flaszka), nie możemy też takich prezentów przyjąć – co może wywołać konsternację. W dodatku ludzie się krzywo patrzą lub kierują oklepane pytanie „ze mną się nie napijesz?” – a my musimy odmówić, choćby to był nie-wiadomo-kto.

I na koniec ostatni, zupełnie niematerialny aspekt abstynencji – nasze „niepicie”, poprzez uczestnictwo we wspominanej już Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, stanowi zarazem pewną szczególną formę postu za osoby, które borykają się z problemem alkoholowym. Jeśli w ten sposób możemy pomóc innym – to tylko pozostaje się cieszyć 🙂

Życzymy Wam więc udanego Sylwestra, niekoniecznie zakrapianego. Życzymy, abyście potrafili się dobrze bawić bez względu na ilość i jakość procentów (lub ich całkowity brak). Życzymy wreszcie, aby Nowy Rok zaczął się dla Was pozytywnie, z lekką głową, pełną pomysłów 🙂

PS. Oczywiście nikogo do abstynencji nie zmuszamy, nie skreślamy też ludzi pijących rzadziej lub częściej – po prostu dzielimy się naszym poglądem na tę kwestię 🙂

  • http://www.uncafeconlibros.blogspot.com un cafe con libros

    Ciekawe podejście do sprawy. Niestety zupełnie nie dla mnie z jednego prostego powodu – jeżeli postanowię sobie czegoś nie robić, to natychmiast nabieram na to niesamowitej ochoty:) (działa też w drugą stronę, kiedy postanawiam robić coś regularnie, to od razu mi się odechciewa w ogóle to robić). Domyślam się, że musi być trudno i trzeba być naprawdę asertywnym – podziwiam samozaparcie (bo jednak jakieś musi być, nawet przy „niedzielnym” piciu) i życzę wytrwałości:)