Jeden kraj, jedna religia, ba! – nawet podobny system wartości – ale to za mało. Jesteśmy zleksza różni kulturowo, jeśli chodzi o święta. Wyraźniej zaznacza się to przy świętach Bożego Narodzenia, ale o tym napiszemy w grudniu. Teraz, z racji zbliżającej się Wielkanocy, opowiemy co nieco o tychże Świętach w naszym wykonaniu.

1. Święta z religijnego punktu widzenia

Basia:
Oboje przeżywamy Triduum – tak w Poznaniu, jak i w Miasteczku Śląskim. Wielki Czwartek jest Świętem kapłanów, Wielki Piątek to jedna wielka droga krzyżowa, w Wielką Sobotę wszyscy przychodzą święcić koszyczki, a wieczorem mamy ceremonię światła… i na tym koniec. Rezurekcja w Miasteczku jest rano, w Poznaniu mają „zapożyczenie pasterki” (jakby im się święta pomyliły) i Chrystus Zmartwychwstaje u nich jeszcze wcześniej. Trochę tego nie rozumiem z racji przyzwyczajenia, a trochę to podziwiam, jakie to piękne – tak bardzo nie potrafią się doczekać, że przyspieszają to sobie o parę godzin 🙂

Przemek:
Rezurekcja na Wielkanoc? Że co? Nie no, po prostu nie było w mojej parafii nigdy tak, że najpierw trzeba było iść na obrzędy Wigilii Paschalnej, a potem jeszcze w niedzielę z samego rana wracać do kościoła, by usłyszeć radosną nowinę. Nie… My-Poznaniacy, jesteśmy podobno skąpi, oszczędni i tak dalej. No i sobie dodaliśmy to i owo i wyszło, że można za jednym zamachem iść w Wielką Sobotę wieczorem do kościoła, by zaraz po obrzędach usłyszeć radosne Alleluja! i wracać do domu. No, i od razu, w środku nocy, rzucić się do lodówki 😉 Bo przecież Alleluja! już było, to i jeść świątecznie można 😉

Figurka Zmartwychwstałego
Figurka Zmartwychwstałego

2. Co w koszyku?

Basia:
Tu różnice pewnie są w każdej rodzinie. Ja ze swojego domu rodzinnego pamiętam najbardziej w związku z koszykiem… obwijanie w folie. Poważnie – każda potrawa musiała być osobno obwinięta w folię, ponadto każda musiała być podzielna – kiedyś na 7, potem na 5 części – bo tylu nas było w domu. Poza tym wiadomo: standardowe jajko (o, jajko było w skorupce, więc to jedyna potrawa, której się nie zawijało, ale to wyjątek potwierdzający regułę), chleb (tyle kromek, ile ludzi), babka, sól, pieprz, ketchup, musztarda, majonez, kiełbasa, szynka i coś czekoladowego.

Przemek:
Ja pamiętam, że u innych dzieciaków sprawa wyglądała mniej więcej tak, że dorośli nieśli swój koszyk – kiełbasy, jajka i wszystko inne, „co potrzeba”, a dzieciaki dreptały ochoczo z drugim koszykiem, po spałaszowaniu którego można by się nabawić poważnej cukrzycy. U nas w domu było jednak tak (przynajmniej wedle mojej pamięci), że koszyk był jeden, z mięsem, jajkami, solą, pieprzem i obowiązkowym – zawartym w tytule – barankiem z masła. To jest po prostu tzw. „oczywista oczywistość”, że święta bez baranka z masła to nie święta. Ot, tradycja. A słodkie i owszem, było, ale w domu, po prostu nie święciliśmy czekoladowych jajek, zajęcy i innych tego typu wyrobów (swoją drogą, czy woda święcona załagodzi skutki tylu E-ileśtam zawartych w tych często czekoladopodobnych smakołykach?). Pamiętam też, że zawsze owe czekoprodukty razem z siostrą próbowaliśmy i jeśli był z prawdziwej czekolady, dostawała go siostra. Jeśli czekoladopodobny, brałem go ja, bo jej nie smakował. Mi to nie robiło żaaaaadnej różnicy, ważne że słodkie 😉 A teraz? Zdrowo się odżywiamy i na mniej czy bardziej czekoladowe zające i jajca nie ma w naszym domu miejsca…

Baranek z masła
Baranek z masła

3. Rodzinne tradycje

Basia:
Z rodzinnych tradycji to pamiętam, że jakoś trzy tygodnie przed świętami mój tata zabierał się za kupowanie, wypisywanie i wysyłanie kartek. Nie wiem, jak wcześniej, ale z późniejszych lat pamiętam, że zawsze szukał oryginalnych życzeń – to nie tam, że świętego jajka i mokrego śmigusa-dyngusa, nie… naprawdę szukał albo wymyślał coś naprawdę treściwego. Teraz wymyślanie życzeń należy do rymującego męża 🙂 Ja przejęłam tę część produkcyjną – dosłownie i w przenośni – bo teraz co rok własnoręcznie robię kartki. Co prawda wszystkie z danego roku są jednakowe, ale zawsze. Inną tradycją było tytułowe skrobanie jajek. Już miesiąc przed Wielkanocą mama odkładała łupinki cebuli, żeby przed Wielkanocą ugotować w niej jajka, by potem łatwo można było wydrapać jakieś wzorki. Oczywiście, jak to u dzieci, nie było to arcydzieło na miarę Picassa, ale liczyło się to, że wszystkie dzieci były przez jakiś czas zajęte i przy okazji w koszyku (a później na świątecznym stole) leżały bardziej lub mniej udane pisanki.

Przemek:
Jak już Basia wspomniała, odkąd jesteśmy małżeństwem, dwa razy w roku spada na mnie ów zaszczytny, ale i niełatwy obowiązek ułożenia życzeń świątecznych. Rymowanych. Co roku innych. Raz ułożyłem i tak się jakoś w naszej rodzince przyjęło. Zabawa fajna, ale zauważam, że z roku na rok coraz trudniej wymyślić coś, co nijak nie przypomina zeszłorocznej wiązanki, a zarazem w wierszowany sposób przekaże nasze życzenia, które nadal nic wspólnego z dyngusem i jajkami nie mają. W końcu to nie jest Światowy Dzień Jajka, tylko Wielkanoc…

Tak wygląda nasza tegoroczna kartka wielkanocna :)
Tak wygląda nasza tegoroczna kartka wielkanocna 🙂

4. Pieczenie

Basia:
Kiedyś była to jedna wielka masakra – serniki, babki i masę małych babeczek i mazurek. Ciasta muszą być świeże na Święta, więc była to jedna z ostatnich rzeczy, które trzeba było zrobić. Do mnie należała część głównie dekoracyjna. Czasem też robiłam babkę, później także mazurka. Ozdabianie sprawia przyjemność… do pierwszego ciasta i wtedy, kiedy nie musi się robić masy innych rzeczy… Ogólnie to przygotowywanie potraw na święta jest trochę męczące – tak to pamiętam niestety, ale późniejsza przyjemność jedzenia mocno to rekompensuje 🙂

Przemek:
Ja tam nigdy nic nie upiekłem (chyba, że z Basią), co najwyżej parę razy mi się upiekło, ale nie o to w wielkanocnym pieczeniu chyba chodzi. Pamiętam, że z reguły był sernik, obok niego też pojawiały się okazjonalnie inne ciasta lub babka. No, to tyle z mojej strony w tej kwestii 😉

Na mazurku czasami pisaliśmy "Alleluja!"
Na mazurku czasami pisaliśmy „Alleluja!”

5. Zajączek

Basia:
Przychodził chyba tylko do dzieci. Prezenty wielkanocne zawsze były skromniejsze niż te bożonarodzeniowe od Dzieciątka i chyba nawet szybciej przestałam wierzyć w Zająca, niż w Dzieciątko – choć sama nie wiem, kiedy i dzięki komu. Zosia jest jeszcze za mała, żeby wiedzieć, kto to Zając, ale może już za rok  będziemy chować upominki od „uszatego” 🙂

Przemek:
Nasz Zajączek musiał być bliskim krewnym Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej 😉 bo przynosił generalnie słodycze, o których już wcześniej wspominałem. Nie był przy tym nie wiadomo jak hojny w te słodkości, więc do tej pory wszyscy się dzielnie trzymamy 😉 Bardziej liczył się sam fakt drobnego upominku (choćby czekoladowych jajeczek).

Mamy nadzieję, że w tym roku nie czeka nas taka sytuacja ;)
Mamy nadzieję, że w tym roku nie czeka nas taka sytuacja 😉

Podsumowując zatem – nasze poznańsko-śląskie święta są próbą kompromisu, pogodzenia obu różnorodnych tradycji ze sobą. Bo najważniejsze, by spędzić je razem, w rodzinnym gronie. A czy masło będzie w kształcie baranka, a jajka będą miały na skorupkach wydrapane wzorki, to już sprawa znajdująca się wybitnie na dalszym planie.

Źródła obrazków:
Obrazek wyróżniający – dfop.org.pl
Figurka Zmartwychwstałego – bernardyni.rzeszow.pl
Baranek z masła – miastodzieci.pl
Mazurek – wrzacakuchnia.pl
Zajączek wielkanocny ze śniegu – jeja.pl