Tego wpisu miało nie być

Dziwne pisać o swojej własnej książce na swoim własnym, prawie nieżyjącym blogu, ale może jednak ktoś tu jeszcze wchodzi i a nóż/widelec/łyżka  😉 coś mu się przyda. Co to za książka? O czym? O tym możecie poczytać na przykład tutaj. I tutaj. I tutaj. W tym miejscu napiszę Wam rzeczy, których nigdzie nie znajdziecie – a na końcu czeka Was mały bonusik.

Odpowiedź na „dlaczego”

Rok temu Zosia miała cztery lata. To wiek, w którym dziecko wpada w spiralę czemulności, jak to określił Remigiusz Mróz w „Listach zza grobu”. Czemu, czemu, czemu. Czemu to, a czemu tamto. Czemu niebo jest niebieskie, a słońce żółte, a śnieg biały? Czemu ksiądz jest ubrany na różowo? Czemu wieszamy na choince bombki? Czemu dwanaście potraw, czemu wysyłamy kartki, czemu na stole jest za dużo talerzy? Na niektóre pytania odpowiadałam na bieżąco, inne wyprzedziłam. Na wiele znałam odpowiedzi, o wiele rzeczy musiałam zapytać wujka Google.

„Szukajcie, a znajdziecie” w trochę innym wydaniu

Najpierw szukałam książki, takiej z 24 opowiadaniami. Najbliższe mojej potrzebie i wizji były „Święta dzieci z dachów” od wyd. Zakamarki. Niewiele tam jednak było o tradycjach, które mamy. Niewiele tam było… hmm… spokojnego, rodzinnego, wspólnego przygotowania. Przekazywania wiary, ale w taki pozbawiony patosu i świętoszkowatego przeżywania sposób. Takiej mniejszej komercji, niż w tych wszystkich Mikołajkowych bajkach, a jednocześnie żeby nie było tylko złożonych rączek, rubensowskich aniołków itp… Nie chciałam książki tylko o historii Bożego Narodzenia. Chciałam o adwencie. Wybredna jestem, wiem. W sumie już potem sama nie wiedziałam, czego chciałam, ale wiedziałam, czego nie chciałam, a wszystko co znajdowałam, mnie nie zadowalało. Byłam wtedy 4 miesiące po porodzie, a hormonalna huśtawka dopiero zwalniała. No więc w końcu znalazłam taką książkę – znalazłam ją w sobie i wieczorami zaczęłam pisać opowiadania, które pomagały nam przeżywać Adwent. Były trochę odczarowaniem codzienności. Często robiłam w nich to, co chciałam zrobić z Zosią, ale nie zawsze miałam czas i siłę w domu, a niektóre były spisaniem tego, co nam się udało.

Rok

Opowiadaniami dzieliłam się na Instagramie, codziennie chciałam wrzucać jeden. Czasem się jednak nie udawało, bo zasnęłam. Czasem mi się nawet nie udało Zosi przeczytać tego, co napisałam. Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy Pan Jezus już się narodził. Pisanie takiej niby krótkiej bajki przy trójce małych dzieci w okresie adwentowym to było trochę wyzwanie. W styczniu pomyślałam, że taki problem w czasie adwentu może mieć dużo rodziców, którzy chcą dzieciom to wszystko wyjaśnić, ale nie bardzo mają możliwości stworzenia odpowiednich warunków. Książka jest dla 4–7 latków i nie oszukujmy się: takie dzieci nie zawsze mają jak pójść na roraty, bo nie pójdą same, a rodzice nie zawsze mogą. W czasie przedświątecznym, choćbyśmy nie wiem, jak bardzo chcieli się odciąć, ciężko być slow – no chyba, że się ma grypę żołądkową. Zbliżający się koniec roku to podciąganie wyników, inwentaryzacje, planowanie przyszłego. Dni są krótkie, noce trudne, dzieci zasmarkane, ubieranie zajmuje wieki. Przeczytałam więc wszystko jeszcze raz, poprawiłam błędy, których wcześniej nie było 😉 Potem dopisałam biogram i inne pierdoły, których wymagają wydawnictwa i wysłałam w świat wielu, wielu, wielu wydawnictwom. Kiedy już o całej sprawie zapomniałam, po dwóch-trzech miesiącach odezwały się chyba dwa-trzy wydawnictwa, wstępnie zainteresowane książką. Jedno chciało coś tam, jeszcze jedno kazało zadzwonić. Promic cierpliwie korespondował ze mną przez jakiś czas, aż się dogadaliśmy. Ten akapit jest właśnie dla tych, którzy coś tam skrobnęli i chcieliby wysłać i wydać, a boją się, albo wysłali do dwóch wielkich wydawnictw i dalej czekają na odpowiedź, albo którzy mają świetny pomysł (zapewniam Was: codziennie mam wiele świetnych i ciekawych pomysłów) ), ale nie wiedzą czy to wypali albo nie mają kontaktów w żadnym wydawnictwie, nie mają pleców czy czego tam jeszcze. O matko! Miałam nie prawić morałów i nikomu nic nie radzić, ale chciałam tylko powiedzieć, że nie mam żadnego wujka prezesa w żadnym wydawnictwie ani ministerstwie, że nie znam nikogo z wydawnictwa Promic… ba! Ja nigdy nikogo z wydawnictwa na oczy nie widziałam. Ej, bo miało być krótko! I gdzie ten bonusik? No więc, kiedy w lutym wysłałam książkę, to jakoś tak w okolicach wakacji zaczęła się krystalizować wizja, koło września zaczęło to do miałem docierać, w październiku miałam redakcje i korektę, pod koniec października wyszło z drukarni, a w listopadzie – rok później – książkę z 24 okienkami na okładce możecie mieć Wy! ❤

Bonusik

Przyznaj się, przejechałeś cały tekst, żeby dostać gratis? Jesteś zmęczoną matką, która nie ma czasu czytać, ale jak dają, to bierzesz? I dla Ciebie, i dla Ciebie, i dla Ciebie cierpliwy czytelniku całości – coś mam. W książce, która wyszła, miała być wkładka – właściwie to wkładek miało być kilka, może kiedyś o nich opowiem, a może wyjdą w wydaniu 3 za kilka lat? W każdym razie: dziś o jednej. Chciałam jeszcze bardziej ułatwić dorosłym życie i dodać na końcu listę wszystkich tych uniwersalnych pytań, nie odnoszących się do fabuły książki, ale które są kluczowe w przygotowaniu do świąt. Te o talerzu, różowym ornacie, roratach i wieńcu. Dla rodziców – aby mogli je sobie wyciąć i schować do kalendarzy adwentowych; dla katechetów – aby mogli zrobić z tego quiz na lekcji religii. No i doczekałeś się – oto on: plik z pytaniami. Drukuj, rozdawaj, rozsyłaj całkiem za darmo.

➡️ [POBIERZ PYTANIA] ⬅️

Rozczarowałeś się? Wybacz, nie przeproszę 😉

PS. Jeśli ten tekst wydał Ci się chaotyczny i taki, no… bez redakcji? Powiem Ci, że taki właśnie jest. Zbliża się północ, a ja go sobie klepię, czekając na pobudkę synka, który za paręnaście dni skończy rok i cztery miesiące. Albo na krzyk koszmaru pięciolatki. Albo na jęk spragnionego prawie trzylatka…