Matka też człowiek? Tak – myślę o czymś poza dzieckiem, mężem, dzieckiem

Macierzyństwo – hmm… chyba za krótko jestem matką, żeby umieć dokładnie ogarnąć ten temat. Kiedyś przyjedzie taki czas, że i o tym napiszę coś więcej. W każdym razie matka oprócz tego, że jest matką, jest także człowiekiem. Ale was zaskoczyłam, co? 😉

Tak na poważnie: życie każdej rodzicielki kręci się głównie wokół pałętającego się pod oczami, rękami i nogami berbecia (w późniejszym okresie śmigającym z prędkością bolidu Formuły 1 – też Cię kocham, Przemysławie 😉 – ale aby nie zwariować, musi być coś poza tym. Dzieci są pasjonujące, zajmujące, słodkie, czasem zasmarkane, głodne, wyjące, marudzące, ząbkujące, niewyspane, ale potem znowu są słodkie, piękne, kochane… Tak, tak, te uroki bycia wszystkim wszędzie, z oczami nie tylko dookoła głowy, ale także najlepiej na nogach, rękach, plecach, a najlepiej… no masz Ci los, a miało być o czym innym 😉

Miało być o… powolutku 😉 Sama matka tylko z dzieckiem (uczepionym ręki, nogi, cyca, spódnicy, choć współcześnie częściej spodni) wciąż i wciąż zajmująca się nim, może zwariować (a ono z nią). Uważam, że każda powinna znaleźć COŚ, co będzie kochać – wiadomo, że mniej niż swoje dziecko, może trochę tak, jak męża (no przecież już mówiłam, że Cię kocham, raz nie wystarczy? ;)), żeby odpocząć, choć czasem męcząc się jeszcze bardziej, żeby pomyśleć o czymś innym, żeby się rozwijać, żeby mieć o czym porozmawiać z innymi, żeby mieć jakiś cel w życiu, czyli – ano znowu – żeby być… lepszą matką 😉 Każda musi znaleźć to sama, czasem przed macierzyństwem, a czasem w jego trakcie (po się na całe szczęście nie da, bo matką jest się całe życie :)). Może nawet na różnych etapach życia to COŚ być inne (do takiego stopnia wtajemniczenia w tym klubie jeszcze nie doszłam). No i wreszcie, po przydługawym wstępie, doszliśmy. No to może jeszcze jakieś matkowe zdjęcie, żeby jeszcze bardziej zwiększyć napięcie 😉

A! Jeszcze nie powiedziałam, jakie mogą być te COSIE. Cosiem może być malowanie, bieganie, jazda na rowerze, pieczenie, dbanie o kwiaty, taniec, dekorowanie, czytanie, pisanie, śpiewanie, granie na instrumencie, chodzenie po linie, pływanie, rysowanie, dbanie o ogród, szydełkowanie, robienie na drutach… no i szycie. Tak, jak łatwo się domyślić, moim obecnie najbardziej dominującym cosiem jest szycie. Odkryłam to dość późno w sumie – najpierw jako zachciankę, jeszcze przed ciążą, kupiłam maszynę. Trochę się nastała, zanim jeszcze trochę z rezerwą do niej podeszłam i dotknęłam, ale ona takim długim dystansem poczuła się chyba dotknięta, zbuntowała się i przy pierwszym użyciu zaprotestowała i igła stanęła. Po naprawie bardzo powoli się zakolegowaliśmy, oswajając się niczym Mały Książę i róża.

Nie możemy spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chciały, ale każde kolejne spotkanie przynosi radość i uczy nas czegoś o sobie. Każde kolejne pozwala na stworzenie nowego dzieła. Czas wspólnie spędzony daje coraz więcej satysfakcji, nigdy nie jest czasem straconym, choć czasem zdarza nam się „ściąć”, a wtedy trzeba wracać i pruć; jak dziecko uczące się chodzić: dwa kroki do przodu, jeden w tył, trochę stania w miejscu, pozwala to powolutku choć, z czasem coraz szybciej uczyć się.

Bardzo lubię ten czas i mimo, że jest to przeważnie czas wolny, kiedy Zosia śpi lub Przemysław wyszedł z nią na spacer lub się nią zajmuje, a ja mogłabym właśnie wypić kawę, położyć się, obejrzeć film lub w gorszej wersji zrobić pranie, ogarnąć zlew i inne takie. Szycie dużo mi daje – skupiam się wtedy niesamowicie tylko na tym, co wspomaga moją koncentracje (na co dzień bardzo rozproszoną przez wiele rzeczy, takich jak pranie, śniadanie, pielucha, zmywanie, obiad, karmienie, zabawa, do tego często audiobook, a do niedawna często spacery z notatkami i pisanie magisterki). A potem wieczory w stylu „ja i wykrój”, by następnego dnia wykroić pół godzinki na zszycie – hmm… poezja.

Każdej matce, a właściwie każdemu człowiekowi, życzę takiej pasji, w której się odnajdzie, która pozwoli mu oderwać się od świata, która sprawi mu tyle radości… 🙂