Przybyłem, zobaczyłem, opisałem – czyli o tym, co robiliśmy w stolicy

Choć to była nasza druga wyprawa do Warszawy (po niemal trzech latach), stolicę postanowiliśmy zwiedzić tak, jakbyśmy nigdy w niej nie byli – dlatego uprzedzam, widzieliśmy sporo, więc i wpis jest spory… Gdzie się zatem udaliśmy?

Zaczęliśmy „z grubej rury”, wybierając się na pół dnia do Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie. Pogoda akurat wybitnie dopisywała, bo było bardzo ciepło i słonecznie, a – o dziwo! – ZOO nie było przepełnione ludźmi (pytanie, czy to kwestia ogromnej powierzchni ogrodu, czy małej liczby zwiedzających, ale obstawiam jedno i drugie).

Zosia niestety zasnęła po drodze i postanowiła obudzić się dopiero podczas powrotu tramwajem, także ominęły ją zoologiczne atrakcje – ale nas nie 🙂 mieliśmy zatem okazję zobaczyć foki w porze ich karmienia (14:30) – gdybyście się tam niebawem wybierali, zwróćcie uwagę na czarną: strasznie nieogarnięta 😛 Oprócz fok naszą uwagę przykuły też pingwinki, choć niestety strasznie daleko od ogrodzenia się znajdowały i trudno im choćby dobre zdjęcie zrobić… Oprócz tego wiadomo, podstawy podstaw, czyli słonie, żyrafy, lew (który zamiast ryczeć charczał jakoś niemrawo), a także goryle i szympansy. Zwłaszcza u tych drugich było ciekawie, bowiem malutki szympansik próbował się usamodzielnić i nie poddawał się w wysiłkach pokonania linowego mostku, z którego wiecznie spadał, po czym wracał i rozpoczynał kolejną próbę 🙂 (Basia: Jakbyśmy widzieli naszą Zosię i jej naukę siadania 😉)

Następnego dnia czekała nas pierwsza w tym roku podróż metrem – i to od razu nową linią, na dodatek pod Wisłą (!). W ten sposób dotarliśmy do Centrum Nauki Kopernik – od naszej poprzedniej wizyty część wystaw zdążyła się zmienić, inne dopiero teraz nas być może w ogóle zainteresowały, także kilka godzin wewnątrz minęło dość szybko 🙂 Z CNK blisko jest do BUW-u, a co za tym idzie – do ogrodu obok biblioteki oraz na jej dachu. Pogoda sprzyjała, więc rozłożyliśmy się z kocykiem na trawie, a później wybraliśmy na dach pooglądać trochę panoramy miasta. Przy okazji odkryliśmy norkę Bilbo Bagginsa 😉

Głodni, zajrzeliśmy do pasażu wewnątrz biblioteki i w ten sposób trafiliśmy do restauracji/kawiarni o bardzo odpowiedniej nazwie: Fenomenalna. W środku jest faktycznie fenomenalnie – zamiast siedzieć na krzesłach można wybrać… hamaki 🙂 No to usiedliśmy 🙂 a następnie położyliśmy w hamaku Zosię i miała niezły ubaw z takiej nietypowej huśtawki.

Spragnieni kolejnych wrażeń, postanowiliśmy się przespacerować w stronę Starego Miasta. Najprostszą z możliwych, codziennych dróg: Krakowskim Przedmieściem. A to był 10 kwietnia… ;/

Po przebiciu się przez tabuny ludzi i spożyciu pierwszych w tym sezonie lodów 😀 dotarliśmy w końcu na plac przed Zamkiem Królewskim. Obeszliśmy okoliczne uliczki i całkiem przypadkiem znaleźliśmy malutkie, niepozorne, nie rzucające się w ogóle w oczy muzeum – Centrum Interpretacji Zabytku. Wewnątrz, za naprawdę niewielką opłatą, można m.in. zobaczyć zdjęcia przed- i powojennej Warszawy. My przy okazji nakarmiliśmy i przewinęliśmy Zosię 😉 tak, w muzeum 😉 nie, nikt nic nie wie 😉 jeszcze 😉

Kolejnego dnia z rana wyruszyliśmy do pobliskiego parku – im. Obwodu Praga Armii Krajowej – gdzie postanowiliśmy nieco pobiegać (pogoda nadal dopisywała!). Jedno z nas biegało, a drugie leżało na kocyku z Zosią (a potem zmiana, oczywiście).  Muszę przyznać, że to naprawdę ładny park, choć niewielki. Do tego posiada bardzo ciekawe place zabaw dla nieco starszych dzieci i rewelacyjną „rowerkową karuzelę” – pierwszy raz coś takiego widziałem i żałuję, że nie mogłem z niej skorzystać 😉

W okolicach południa wybraliśmy się do Łazienek Królewskich, gdzie podczas spacerowania i rozmawiania mogliśmy zobaczyć pawia (który strzelił focha i nie raczył pokazać ogona w pełnej krasie) oraz, tradycyjnie, wiewiórki (które chyba są najlepiej dokarmianymi zwierzętami w stolicy). Następnie przez Park Ujazdowski i Aleje Ujazdowskie dotarliśmy do Ronda Charlesa de Gaulle’a ze sztuczną palmą pośrodku. Na co ona komu, skoro i tak jest sztuczna – nie mam pojęcia. Ale stoi i urozmaica/szpeci krajobraz (niewłaściwe skreślić).

Następnego dnia zawitaliśmy ponownie na rynku: naszym głównym celem było zwiedzenie Zamku Królewskiego. Muszę przyznać, że robił niesamowite wrażenie – nie tylko na nas, ale i na Zosi. Zwłaszcza, że wewnątrz tyle złota, że wszystko się aż świeci i przyciąga wzrok 🙂 Z tego wrażenia zgłodnieliśmy, więc wybraliśmy się na zapiekanki. Po szybkim spałaszowaniu ich trafiliśmy na happening zakonu Salwatorianów organizowany przy kościele św. Anny. Dawno nie widzieliśmy tylu tańczących i radujących się ludzi 🙂

Dzień później postanowiliśmy zaatakować warszawskie muzea. Na pierwszy ogień poszło Muzeum Geologiczne Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie. Udało nam się tam nie tylko zobaczyć interaktywny model wulkanu, ale przede wszystkim zrobić sobie selfie z mamutem (tudzież  z tym, co z niego zostało) oraz z… dinozaurem, który gonił nas po sali 😉 Mieliśmy też dalsze plany na ten dzień, ale zepsuła je pogoda – to był jedyny deszczowy dzień w stolicy podczas naszej wizyty, więc popołudnie spędziliśmy w domu.

We wtorek wybraliśmy się do Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie zwiedzanie rozpoczęliśmy od wystawy średniowiecznych obrazów religijnych, świętych figur i ołtarzy. To tam odkryliśmy, że uśmiechnięta figura świętej Barbary ma dołeczki na policzkach 😉 Jednak hitem wystawy była Matka Boska, trzymająca na kolanach… jednorożca! Autentycznie!

Dalej udaliśmy się w kolejne rejony muzeum, by pooglądać m.in. obrazy Stanisława Wyspiańskiego, a także sztukę nieco nowszą i najnowszą – jak choćby zbudowany z klocków LEGO kaczor.

Następnie swoje kroki skierowaliśmy do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, ale nie skomentuję tamtejszych wystaw słowami – zrobi to za mnie to zdjęcie:

O tym, co robiliśmy wieczorami, postaram się opowiedzieć w następnym wpisie, bowiem nie będzie on związany z podróżowaniem. Chociaż… 😉