Tak, tak zapewne podobał wam się zeszło tygodniowy wpis taki śmieszny i wesoły. Teraz to sobie może chojrakować jak każdy facet, a co tam dodajmy jeszcze ulubiony tekst ojców „rodziliśmy” A parę miesięcy temu nie widział na trzy metry i ledwo trafił na korytarz takie krokodyle łzy szkliły mu oczy. Teraz trochę poważniej mój punkt widzenia tego wydarzenia.

W sobotę rano 29.11.2014 byłam jakaś taka zdenerwowana. Upartość Ojca zaprowadziła nas do szpitala, bo po telefonie pani stwierdziła że przez słuchawkę to ona mi nie pomoże, żeby sprawdzić, czy jest się czym martwić. Przed 11:00 zadzwoniliśmy po tatę Ojca, żeby nas zawiózł sprawdzić, czy wszystko gra – z nastawieniem, że pewnie nas odeślą, ale na wszelki wypadek wyjechaliśmy z torbami…

Po badaniu przez lekarza niby wszystko było OK, ale ze względu na fakt, że już tydzień po terminie, postanowił chociaż zatrzymać mnie na obserwację. Podpisałam masę dokumentacji, dokładnie 17 podpisów – tak powiedziała pani w recepcji i dodała, że gdybym miała skurcze chyba niewiele byśmy zdziałali (ale komu chce się składać 17 podpisów na stojąco będąc w przeterminowanej ciąży??). Potem przebrałam się i przyjęli mnie na salę, na oddział patologii ciąży. Z racji, że godziny odwiedzin są dopiero od 14:00, Ojciec musiał wrócić do domu na obiad, żeby przyjść do mnie o tej przepisowej 14. Wrócił i zaczęło mnie wszystko boleć (nie ma to jak dobry wpływ obecności męża;), przemęczyliśmy się tak gadając i spoglądając na buczący telewizor (pamiętam nawet, że leciała „Noc w muzeum 2″, więc tak źle ze mną nie było). Oczywiście zdążyli mi w tym czasie zrobić dwa zapisy KTG. Miałam skurcze i polecili wziąć prysznic – który w moim przypadku skończył się pęknięciem pęcherza i odejściem wód. Poszłam na badanie, które wykazało 3 cm rozwarcia, a więc jeszcze trochę do porodu, ale zwieźli mnie na porodówkę, która już była pełna. Oczywiście tam czekało mnie kolejne KTG i jak tylko zwolniła się sala, weszliśmy sobie tam z zamiarem rodzenia :) Pamiętam tylko, że położne wołały „to się nie dzieje” – byłam już 3 rodzącą w przeciągu 2 ostatnich godzin ;)

Potem wszystko mi się miesza, jeśli chodzi o kolejność, ale z ciekawszych momentów pamiętam, że bez pytania nalałam sobie wody do wanny, co nie spodobało się położnej, ale potem pozwoliła wziąć prysznic i nawet przyniosła świeczki :) (całkiem romantycznie, gdyby tylko tak nie bolało;)). Wszystko szło całkiem dobrze i sprawnie do czasu przyjścia wąsatego dziada-lekarza, nie wiem nawet po co – wtedy trochę się zatrzymały mi skurcze, więc coś mi tam wstrzyknęli i za parę chwil, tuż przed 23:00, miałam już czupryniastą Zosię na brzuchu, niestety na 5 minut..

Zosię nam zabrali na obserwację z powodu zielonych wód płodowych (choć nie wiem, jak to stwierdzili, bo ja nie widziałam… ale trudno). Przez dwie godziny siedzieliśmy sobie we dwójkę – Ja i Ojciec – na sali porodowej i pisaliśmy i dzwoniliśmy do kogo się dało, choć pora była nieco późna ;) Potem przewieźli mnie już docelowo do sali i po chwili przywieźli mi Zosię, a Ojciec po chwili musiał wracać do domu, bo nikomu się nie podobało, że łazi taki po szpitalu w środku nocy, skoro godziny odwiedzin są kiedy indziej ;)

Dumna z siebie byłam, tak jak i Ojciec, a nawet położna, która mi pomagała ;) Reszta rodziny również – między obstawianiem czy urodzę przed czy po północy, a więc przed czy w dniu swoich urodzin :) Najważniejsze, że urodził się nowy człowiek, cieszący obecnie nasze oko, ucho, dotyk, a nawet powonienie, z 10 punktami w skali Apgar, mierzący 51 centymetrów i ważący 3260 gramów.

Źródło obrazka: dobra-rada.pl