Mission Impossible na oddziale, czyli jak zostałem ojcem

Tom Cruise ze mnie żaden. W ogóle „ja” i „aktor” średnio ze sobą w moim przypadku współgrają. A jednak są w moim życiu – jak i najpewniej w życiu każdego z Was – takie chwile, których ekranizacja robiłaby furorę w Hollywood, a o główne role biłyby się gwiazdy światowego formatu. Ich pech – główne role obsadziliśmy sami, a reżyserem jest Bóg, Los, Przypadek lub ktokolwiek inny, kogo uważamy za stosowne posadzić na krzesełku z klapsem w ręce. Jedną z takich chwil był właśnie poród – a ściślej nie sam moment przyjścia Zosi na świat (choć to wiekopomna chwila, wspomnicie moje słowa!), a wszystkie wydarzenia go poprzedzające. Zacznijmy jednak od początku…

Światła, kamera, akcja!

Jest godzina bodaj 10. Zawozimy Basię do szpitala, zostaje zatrzymana na obserwację. Innymi słowy – „niby wszystko OK, popatrzymy, pobadamy, pewnie pojutrze wypuścimy”. No okej, wracam do domu, nagrywam na tablet kilka filmów i audiobooki, żeby na łeb nie dostała przez weekend od tego leżenia patrzenia w sufit.

Zbliża się 14:30, wchodzę na oddział w ramach odwiedzin. Nie zdążyłem naładować w domu tabletu, a ledwo zipie, więc od razu wpinam go w jedyne wolne gniazdko w pokoju. Gadu-gadu, w tle w telewizji Ben Stiller po raz drugi biega nocą po muzeum, my profilaktycznie ze stoperem w ręce mierzymy czas między skurczami, bo się chyba zaczęły. Aż tu nagle odchodzą wody i zaczyna się zabawa.

Wlatuje pielęgniarka, sadza Basię na wózek i wywozi do pomieszczenia obok na korytarzu – ot, jakiś gabinet. No to stoję oparty o ścianę i czekam, co tam wydumają, a w głowie miliardy myśli zderzają się ze sobą jak cząsteczki w Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Drzwi się otwierają, Basia wyjeżdża na korytarz, pielęgniarka mówi „pan żonę spakuje”. No to idę i pakuję wszystko jak leci, do torby, torebki, mojego plecaka… O tablecie szczęśliwie pamiętałem, ale po tygodniu odkryliśmy, że dzięki nam porodówka wzbogaciła się o powerbank. Tacyśmy hojni!

Spakowany (byle jak bo byle jak,ale jednak) wychodzę na korytarz… A tam pusto! Bezczelnie porwali mi żonę, wywieźli nie wiadomo gdzie, nawet okupu nie zażądali (a zapłaciłbym!)… Ostatecznie jakaś salowa, która musiała być w zmowie z porywaczami, konspiracyjnie kazała mi zjechać piętro niżej windą.

No to ja, obładowany jak karawana na pustyni, z tyle-co-przyniesioną kolac… Wróć, z dwoma suchymi kromkami na styropianowej tacce, zjeżdżam na dół, a tam kolejni złodzieje – pielęgniarka porywa mi kanapki, twierdząc, że się nimi zaopiekuje, a jej koleżanka bezczelnie się cieszy, ale lituje się w końcu i pokazuje drzwi. Ograbiony z jedzenia ruszam dalej…

Tu widz mógłby się zastanawiać, ile jeszcze porywacze zamierzają mi ukraść, nim odnajdę żonę. Spieszę z odpowiedzią – nic, poza czasem. Dužą ilością czasu…

Udając jucznego wielbłąda docieram do tajnej bazy porywaczy, hucznie i dla zmyłki zwanej „salą porodową”. Wchodzę, a tam dociera mych uszu komunikat, że to prawie jak świątynia i w byle czym nie wpuszczają. No to sru, rzucam toboły w kącie na podłogę, zbiegam na parter, za „drobną opłatą” wypożyczam strój a’la doktor Burski i wbiegam na górę. A tam zmiana planów – porywacze uznali, że toboły im jednak też przeszkadzają. No i dawaj na dół do szatni z tobołami. Usain Bolt po tych stromych schodach z pewnością biegłby wolniej niż ja wówczas…

Kolejny raz oko w oko z porywaczami. Chyba im się zrobiło mnie żal, bo pozwolili w końcu na widzenie z żoną. Leży na jakimś łóżku przywiązana do jakiegoś Krępującego Trzeszczącego Gruchota (w skrócie KTG). Jedna z kobiet-porywaczy, przy oślepiającym świetle lamp na suficie wyciągnęła z nas wszelkie możliwe dane, łącznie z listą przebytych chorób. Chciałem nawet podać dobrowolnie PIN do karty, ale o dziwo nie chcieli.

Po skończonym przesłuchaniu zostawili nas w pomieszczeniu z Gruchotem – wyrwałbym nas przez okno, ale kurczę strome były te schody, więc obliczając orientacyjnie odległość między nami a parterem dość szybko zaniechałem. Oni może nas oszczędzą, pozbruk niekoniecznie…

Wrócili po jakimś czasie i przesiedlili nas do większego pomieszczenia. Zaszaleli, albo się pomylili, bo w środku oprócz identycznego łóżka z Gruchotem u boku była piłka i łazienka. Myślałwm, jak by tę piłkę wykorzystać do ataku na wroga, ale na myśleniu się skończyło. Postanowiliśmy natomiast bez wiedzy porywaczy zabunkrować się w łazience i skorzystać z wanny, za co nas potem zdrowo opierniczyli. Było dawać celę bez łazienki, ech…

Potem przyszła jedna porywaczka, która w kółko rozkazywała kiedy i jak oddychać, jakby miała monopol na powietrze, a z pół godziny po niej dwóch zbirów z narzędziami zbrodni. Na moich oczach (!) pociachali mi żonę (!), a w ramach rekompensaty za straty w psychice (i powerbank, o czym nikt z nas nie wiedział, oni chyba też), dostaliśmy Zosię.

Mnie wypuścili na wolność już po paru godzinach, wcześniej pozwolili wykonać telefon, więc od razu powiadomiliśmy pół rodziny o tym bezczelnym porwaniu i jego skutkach.

Żonę wraz z Zosią (szczęśliwie bez Gruchota, no ale bez powerbanku…) oddali dopiero dwa dni później. Dobrze, że pozwalali codziennie na widzenie.

Teraz omijamy szpitale szerokim łukiem, bo jestem pewien, że tam kradną i torturują. Ale tak sobie myślę, że w dalszej lub bliższej przyszłości może jednak znowu pozwolimy im się porwać… Ale o kolejnym powerbanku niech zapomną 😉

Źródło obrazka: thetechgame.com

  • http://www.matka-debiutantka.blogspot.com Matka Debiutantka

    Pięknie opowiedziane Przemku 🙂 Pozdrawiam Basie i Zosię, mieliście przygodę ale szczęśliwie zakończoną 🙂 Ucałuj od Sosnowiczan 😉 Pozdrawiam! I będę was czytać na pewno:) Hela;)

  • Matka Chrzestna

    No, powiem ze historia niczym z kryminału. Jak opowiadałes to po raz pierwszy bez zabarwnikow wydawało sie nudne. No ale ja nigdy nie bede ojcem wiec co ja tam moge wiedziec. Za pare lat moze zobacze jak to jest jak facet trafia na porodowke. A raczej nie bo moj dostanie kopniaka zeby sie biedak nie stresowal bardziej. 😛 z nieciwrpliwoscia czekam na ciag dalszy!